Pierwsze 6 dni w podróży na Pamir Road

Polska-> Słowacja-> Węgry-> Rumunia-> Mołdawia-> Ukraina

Planowo, 1 sierpnia o ósmej rano udało się wyruszyć w kierunku Trasy Pamirskiej do Tadżykistanu . Ostatnie pakowanie i doposażanie motocykla trwało do 1-szej w nocy w dzień wyjazdu. Z pozytywnym nastawieniem, ale jednocześnie zdenerwowany ruszyłem w kierunku śląska.

Obecnie jestem 6 dni w podróży i ta historia pisze się sama. Już po tych kilku dniach mogę powiedzieć, że nie przeżyłem czegoś takiego nigdy w życiu.

W Polsce znajomym trzeba piątki przybić, kopniaki w tyłek na powodzenie zaliczyć, nagadać się ile można i ruszać dalej. Wybrałem trasę przez Słowację i Rumunię w kierunku Krymu.

W Słowacji przejazd przez Tatry, serpentyny i piękna pogoda. Węgry to… Węgry. Nie mam do tego kraju sentymentu oraz nigdy nie byłem w miejscu, które jakoś szczególnie złapało mnie za serce. Tym razem było tak samo, a wrażanie potęgował brak słońca.

Rumunia

Po pięknej pogodzie w pięknej Rumuni – piękna ulewa. Przemoknięte miałem wszystko, przeciwdeszczówka szczelnie ukryta (przecież za chwilę miało przestać padać). Jechałem bocznymi drogami, które były kompletnie zalane. W pewnym momencie dalsza jazda nie miała sensu. Schowałem się na myjni samochodowej i ociekałem przez kolejne kwadranse. Booking i Aribnb, wszystko oddalone o minimum 30 kilometrów. Ten dystans w ulewie i po ciemku to około godziny drogi. Nagle pojawia się na liście coś, oddalonego o 5 minut jazdy, nawet nie sprawdzałem jak wyglądają pokoje. Trafiam do starego dworku, pięknie odrestaurowanego, gdzie grupa przyjaciół z Rumunii spędza weekend. Właściciel o 10-tej w nocy gotuje mi obiad, znajomi leją wodę. Świetni ludzie z którymi kapitalnie się rozmawiało. Zapraszają mnie do siebie do stołu i tak spędzam całą resztę nocy.

Ty z Polski i nie pijesz? Ty na pewno Polak jesteś?

Rumunia

Na następny dzień ciuchy przeschły, pogoda się ustabilizowała – kierunek Bacau. Po drodze miałem zaliczyć wąwóz Bikaz ale odpuszczam temat bo… pogoda zaczyna się psuć. Kilkanaście kilometrów przed Bacau powraca piękne słońce i Rumunia robi się zielona i pogodna. W Bacau odwiedziłem człowieka, którego poznałem wraz ze znajomymi 3 lata temu. Wtedy uratował mi tyłek zmieniając (i znajdując) tylną oponę do Hondy, która mi się całkowicie skończyła podczas wyprawy. Serdeczne przywitanie, szybki przegląd motocykla i spray do łańcucha na drogę. Mało tego obiad w ich klubie motocyklowym Mołdawia Bikers, wycieczka do centrum handlowego po kabel do kamery (jakoś go zapomniałem), szybkie spotkanie z  żoną Adriana i wyjazd w kierunku Mołdawii.

Rumunia na motocyklu

Po drodze przejechałem około 100 kilometrów przez prawdziwe, rumuńskie wsie. Ludzie machają, kurki biegają, słonko świeci – sielanka. Tam nawet nie chciało się odkręcać gazu – wpadłem w ten sam rytm, co mieszkańcy. Byłem zachwycony widokami i wszystkim co mijałem po drodze.

Mołdawia

Tego dnia chciałem dojechać jak najbliżej wschodniej granicy z Ukrainą, dojechałem tylko do Kiszyniowa. Spanie przez Airbnb, ludzie znowu serdeczni i uśmiechnięci mimo bardzo późnej godziny. Pomogli mi wnieść bagaże i rano je spakować. Znaleźli miejsce w parkingu podziemnym, wszystko bez problemu i niesamowicie przyjacielsko. Samo Kiszyniów – well – to taka Polska 20 lat temu. Pasy na jezdniach w paru miejscach, szaro, blokowiska, tłoczono na drogach no i te fotoradary. Zaliczyłem wszystkie na głównej drodze w mieście – nie ważne czy jechałem 70 na 50 dozwolonych, czy 50 na 50.
Drogi poza miastem to proste z małym jednym zakrętem co 30-50 kilometrów, trochę życia można na nich przemyśleć. Na granicę z Ukrainą dojeżdżam około 10-tej rano.

Ukraina

Brakuje mi słów, nie wiem jak opisać wszystkich ludzi których spotkałem. Ich otwartość, chęć pomocy i szczerą radość, że tu przyjechałem, że się nie boje, że nie marudzę. Ale po kolei. Na Ukrainie miałem spędzić jeden dzień, aby dojechać do Krymu. Do granicy krymskiej (nazwijmy ją numer 1) dojechałem około 21-szej. Robi się szaro, i okazuje się, że jest tylko dla lokalnych ludzi. No to jadę na granicę numer 2. Droga średnia, 15 kilometrów zajmuje mi prawie godzinę z przystankiem na pompowanie kół.

granica z Krymem

Przed granicą numer 2 jest dziwnie. Jest zamaskowany, ukraiński posterunek wojskowy, są betonowe bloki na drodze, jest kontrola (bardziej rozmowa) po stronie ukraińskiej. Niezliczona liczba autobusów i ludzi, którzy pieszo przekraczają granice. Na końcu żołnierz rosyjski i odmowa wjazdu. Kulturalnie i profesjonalnie. Zamieniliśmy kilka słów i mam wybór, w zasadzie trzy. Do wjazdu potrzebuje dokumentu, który może mi wystawić jakieś Spec coś ukraińskie, co znajduje się około 150km w bok. Mogę tam jechać, złożyć wniosek, poczekać dwa dni, ale i tak szanse marne, że wjadę. Druga opcja to wjazd na Krym i postaranie się o ten dokument na miejscu. Jak nie dadzą, to muszę wrócić na tą samą granicę. Szanse takie same jak w pierwszym przypadku. Trzecia opcja – jazda do Charkowa oddalonego o 600km i przekroczenie granicy z Rosją na 100%. Podejmuje decyzje o Charkowie, ale gdzieś trzeba spać. Cofam się około 10 kilometrów do najbliższej wsi. Żadnych latarni, ciemno jak… wiecie gdzie. Jeden człowiek idzie drogą, zatrzymuje się i pytam  gdzie mogę znaleźć miejsce do spania. Po krótkiej rozmowie Witja zaprasza mnie do siebie. Skromnie żyjąca rodzina na wsi, syn, który pracował w Polsce, małe gospodarstwo. Karmią mnie i dają schronienie. Rano proponuje jakieś pieniądze – oczywiście z oburzeniem odmawia. Żegnamy się i lecę dalej.

Ukraina

Kilka razy zatrzymuje się przy drodze – a to zgubiony kanister, a to wody, a to przerwa. Zawsze ktoś się zatrzymuje, pyta czy pomóc, a skąd jestem, czy na pewno wszystko w porządku – nie da rady tutaj zginąć mimo dróg, które w dużym stopniu są polami z dziurami jak po bombach lub dosłownie wąwozami przez które trzeba się przedostać. W motocyklu gubię osłonę wydechu, którą dorabiają mi w sklepie z kosiarkami – pytam ‘skolko’ – nic, nie chcą kasy, cieszą się, że mogą pomóc.

Mimo kilku przygód w około 9 godzin udaje mi się przedostać do Charkowa, gdzie właśnie kończę pisać ten tekst i zbieram się do spania. Jutro pierwszy dzień w Rosji!

Do tej pory

  • 6 dni w trasie
  • 5 państw
  • 170 litrów paliwa
  • 3145 kilometrów

Pierwsze 6 dni w podróży na Pamir Road

Zobacz gdzie jestem teraz