Kirgistan? Kirgistan!

W Kirgistanie spędziłem 9 dni i przejechałem 1877 kilometrów
kirgistan trasa motocyklowa
14-23 dzień podróży, 6670 kilometrów od wyjazdu

Jestem! Dotarłem! Po przejechaniu motocyklem granicy z Kirgistanem i zobaczeniu pięknych gór na horyzoncie w kasku poleciały mi łzy. Było to pierwsze tak silne i emocjonujące przeżycie podczas tej wyprawy (jak się później okazało nie ostatnie). W 14-tym dniu i po przejechaniu 6647 kilometrów przekroczyłem granicę w Taraz, która rozpoczęła kolejny rozdział mojej trasy. Było około 10-tej rano, a ja czułem jakbym tu rozpoczynał trwającą już od dwóch tygodni samotną wyprawę motocyklową.

Czy Kirgistan przerósł moje oczekiwania? Przerósł! Wyrwał z butów, odkręcił głowę, wlazł przez szyję i nie chciał wyjść. Przez ten kraj przydepnąłem sobie szczękę kilka razy przy kolejnych widokach i ze zdumieniem poznawałem kolejnych ludzi – LUDZI! Ale po kolei.

Mój plan na Kirgistan

Od przejścia granicznego do miejsc, które chciałem odwiedzić w Kirgistanie – zmieniło się praktycznie wszystko. Granice w Kazachstanie miałem przekraczać nieopodal Almatów i wjechać do Kirgistanu bliżej jego wschodniej granicy. Przekroczyłem ją na zachodzie, tak naprawdę pierwszym, możliwym przejściem granicznym. Ciągnęło mnie do tego kraju bardziej niż się spodziewałem – im bliżej, tym mocniej. Miałem wbite pinezki z kopalnie złota, w górach, w największe jezioro Issyk Kul, w przełęcz górską nieopodal Kara Say – żadnego z tych miejsc nie odwiedziłem. Kolejne zdarzenia i miejsca, w które docierałem, skutecznie dokładały dni i przygód. Dni, z których nie żałuję ani jednego i ani razu nie żałowałem zmiany decyzji. Właściwie decyzja była jedna, o przekroczeniu granicy w innym miejscu, reszta toczyła się sama.

Brak planu na Kirgistan to najlepszy plan.

Granica w Taraz

Granica choć tłoczna, to standardowo motocyklem jadę do końca. Nikt się nie oburza, a celnik widząc mnie z daleka otwiera bramę. Miło, sympatycznie, bez zbędnych formalności. Po jej przejechaniu dopadają mnie lokalni mieszkańcy i ucinamy sobie miłą pogawędkę – skąd, dokąd, ile czasu, ile kilometrów, skolko motocykl 🙂 Tutaj też zaopatruje się w lokalną kartę z internetem, który w tym kraju działa różnie (ale dużo lepiej niż w Tadżykistanie).

Góry, pierwsze starcie z wysokością

Ruszyłem na południe i po przejechaniu około 100 kilometrów dotarłem do pierwszej przełęczy. Dobrej jakości, prawie kompletnie pusta, asfaltowa droga zabrała mnie na ponad 3000m n.p.m. Czy to dużo? Nie dużo? Motocyklem byłem już wcześniej niewiele wyżej – jednak nie tym, którym jadę. Zaczyna się czkawka silnika i następuje mała niemoc silnika. Zatrzymuje się przy pierwszej jurcie, gdzie temperatura już nie jest taka przyjemna. Wyraźnie czuć różnicę na tej wysokości. Rozpakowanie motocykla, zdjęcie baku, usunięcie motyla z gaźnika i czyszczenie świec z widokiem na góry – warsztat marzenie!

Mieszkaniec z jurty wraz z synami nabierają do mnie zaufania i zaczynają rozmawiać dopiero po dłuższej chwili. Ale jak zaczęli… to i narzędzia się znalazły… i chlebek… i herbatka… i końskie mleko. Kirgiz w moim wieku okazał się przesympatyczną osobą, która na szkolne wakacje (które trwają tutaj 3 miesiące) przenosi się do jurty i zajmuje końmi. Na zimę, kiedy temperatury spadają tutaj do ponad -30 stopni wraca do miasta. Na co dzień uczy elektryki – tak, takie przedmioty w szkole ciągle istnieją! Widziałem zdjęcia z klas wypełnionych kablami, stycznikami i cholera wie czym.

Po całej tej operacji i przejechaniu kilkuset metrów dowiedziałem się, że naprawiłem… nic nie naprawiłem w motocyklu. Od Pana elektryka (którego imienia niestety nie zapamiętałem) wiem, że mam do pokonania jeszcze 10 kilometrów pod górę i wspiąć się o 400 metrów wyżej. Ryzykuje i jadę.

Mechanik co łady przez sen może naprawiać

Omar to imię właściciela warsztatu, który znajduje po zjechaniu z gór. Miejsce wygląda raczej średnio – w naszych standardach auta byście tutaj nie zostawili. Wyjścia brak, trzeba działać. Udostępnia mi najpierw kawałek podwórka, później garaż, następnie narzędzia i lokalny specyfik w spray-u, który można dostać nawet w spożywczym – carb cleaner. Widzi czarną chmurę i wtedy słyszę to, co usłyszałem później wiele razy.

Karburatory paczyścić nada

Jak nada to nada, ale dopada mnie noc i nie bardzo mam gdzie się podziać. Omar oferuje nocleg u siebie, a ja korzystam – dostaje małą komnatę z firanami w Spidermany – pasuje! Rano, po wyczyszczeniu gaźników i skręceniu motocykla okazuje się, że odpala od strzału i mogę jechać dalej. Tak daleko, jak 10 kilometrów po których mam ten sam efekt. Jestem na około 1500m n.p.m., gaźniki wyczyszczone – czyli coś innego nie działa poprawnie.

MotoBar Perci

Spotkani po drodze motocykliści (dwóch z Czech jeden z Rosji) eskortują mnie do warsztatu w Bishkek. Warsztatu, który jest mekką motocyklistów w tym kraju i jest integralną częścią baru (albo jak kto woli odwrotnie). Przyczyną atrakcji, jakie zafundowała mi Yamaha są popękane, gumowe membrany w gaźnikach. Oleg, mechanik, dopasowuje je od innego motocykla, a my spędzamy miły i sympatyczny wieczór w gronie całej załogi Kirgiskich motocyklistów na ‘smatrinach’.

Smatriny to pierwsze pokazanie dziecka po urodzeniu znajomym i rodzinie

Pamiętacie Erzana, którego spotkałem w Kazachstanie? Importował tira z polski do Kirgistanu – dzwonię do niego. Przyjeżdża do mnie oferując pomoc, jest ze mną w stałym kontakcie, pomaga mi się dogadać z lokalnymi ludźmi, kiedy mój rosyjski zawodzi! Co za pozytywna osoba! Serce na dłoni i ostatni łyk wody by mi oddał. Ja jednak decyduję się zostać w hostelu, bliżej motocykla.

MotoBar Perci to kombo – jest warsztat, jest hostel, jest bar, jest jedzenie, jest sklep motocyklowy. Wszystko w jednym miejscu – genialne połączenie, które uratowało niejeden tyłek!

Motocykl jest gotowy do drogi na następny dzień, a ja pełny optymizmu ruszam dalej. Wyjazd z ze stolicy Kirgistanu… to taki mały stan umysłu.

Po przejechaniu 100 kilometrów przestaje działać jeden cylinder, po kolejnych 50 kilometrach dwa – stop. Pojawia się też olej, który jak sądziłem leci spod głowicy.

Udaje się zorganizować transport małą ciężarówką, w której tylna część kabiny jest podzielona na dwa piętra.

Ja mam górne piętro (łóżko) wraz z nowym znajomym Azharem, z przodu są trzy osoby. Na dole, jak się później okazało kolejne 4, niemowlak, żona, córka i jeszcze jakieś mniejsze dziecko! Negocjacje cenowe za transport przebiegają spokojnie ale intensywnie. Ja oferuję $20, kierowca chce $300 – trochę się rozmijamy i finalnie spotykamy się na $100. Podczas jednego z postojów pada pierwszy (i jedyny raz) pytanie

A czy ty jesteś muzułmaninem?

Trochę się zaniepokoiłem ale odpowiadam

W Polsce jest wielu chrześcijan

Jeszcze lepszą odpowiedzią jest “wierzę w Boga”. Lokalni ludzi nie są wścibscy i nie pytają o to samo dwa razy, jednak to pytanie wprowadziło u mnie mały niepokój. Wracamy do MotoBaru, pokonanie 150km ciężarówką zajmuje 4 godziny.

Tym razem usterka to obie świece, ale że z motocykla poleciał olej z miejsca, w którym nie powinien, to warsztat był bezpieczniejszą opcją. Jeszcze jeden dzień w hostelu i trzeci raz tą samą drogą ruszam w głąb Kirgistanu. Inną drogą, bo trzeciego przejazdu tym samym tunelem nie chciałem sobie fundować.

Góry, przełęcze, szutry

To, co moja Yamaha lubi najbardziej, dostała w nadmiarze w Kirgistanie. Spora część tego państwa drogami, które nie mają nic wspólnego z asfaltem. Można również przejechać ze stolicy do Osh jedyną asfaltową drogą. Tylko po co? Prawdziwy raj dla oczu i wyzwania na motocyklu zaczynają się tutaj, poza asfaltem. Miałem jechać na wschód, pojechałem na zachód. Nawigacja pokazywała trzymaj się drogi, ja pojechałem gdzieś w prawo. I to gdzieś w prawo zabrało mnie wysoko do góry na ponad 3000m n.p.m do jeziora Song Kul. Jeziora, które jest malownicze, a mnie przywitało wiatrem, temperaturą w okolicach zera, śniegiem i chmurami.

Dosłownie uciekłem niżej, gdzie temperatura powróciła do ponad 20-tu stopni. W drodze krajobrazy były jak malowane. Siedziałem i patrzyłem się na góry jak na film, który zatrzymał się na najlepszej klatce. Wszystko jest tak kolorowe i ‘ostre’, że wygląda jak zrobione na komputerze w programie do grafiki 3D. Zatrzymywałem się, siedziałem i ruszałem po to, aby za 5 minut i kolejnym zakrętem znowu się zatrzymywać i podziwiać te cuda natury. W takich sceneriach docieram do Osh, początku Pamir Road, drogi której w części Kirgiskiej nie poczułem w ogóle.

Byłem tak zafiksowany na punkcie gaźników, że ponownie je rozebrałem pokonując pewną przełęcz. Wystarczyło… przekręcić kranik na rezerwę.

Pani Mira i jej jurta

Ta Pani zasługuje na osobny akapit. Gdzieś w górach zrobiło się ciemno i cholernie zimno. Zatrzymałem się przy pierwszej lepszej jurcie i spytałem o nocleg. Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w środku, razem z całą rodziną. Głową rodziny była Pani Mira i dało się to odczuć. Ta ciepła i serdeczna kobieta mogła nic nie mówić, a każdy byłby przekonany o jej dobrym sercu. Stół zapełnił się w kilka minut smażonymi, świeżymi rybami, upieczonym na piecu chlebem, mlekiem, powidłami i innymi smakołykami.

Pani Mira Kirgistan

Pani Mira, która była najstarsza z całej rodziny, o nic nie prosiła dwa razy. Była stanowcza i ciepła. Nigdy nie spotkałem wcześniej takiej kombinacji w jednej osobie. Chciałeś ją przytulić i w tym samym momencie posprzątać stół, na który właśnie spojrzała. Dziwne i fascynujące uczucie. Nakarmiła mnie, przyniosła śpiwór, który pomógł mi przetrwać noc (temperatura w nocy spadła poniżej zera) i dała dach nad głową. Z rana prawie się obraziła, kiedy zaoferowałem pieniądze za nocleg. Utkwiła w mojej pamięci do dzisiaj i jest jedną z tych osób, których nie można zapomnieć.

Aklimatyzacja w Sary-Tash

Dzisiaj są moje 41 urodziny i jest to jeden z najlepszych prezentów, jakie mogłem sobie zrobić! Po przejechaniu malowniczej Przełęczy Taldyk (Taldyk-Pass) i jej najwyższego punktu na 3615m n.p.m. docieram do Sary-Tash. Wioska jest położona na 3170m n.p.m. i jest ostatnim przystankiem przed granicą z Tadżykistanem. Ostatnim, na którym spędzam 24h, aby choć trochę się zaaklimatyzować na wysokościach.

O Super Tenere, Super Tenere, Super Tenere,

Takimi słowami przywitał mnie japoński motocyklista Hide podróżujący na młodszej siostrze mojej Yamahy – XT660Z. Uśmiechnięty, pozytywny, od pierwszej chwili się polubiliśmy. Znajdujemy razem nocleg i… czyścimy po raz kolejny gaźniki w moim motocyklu i płuczemy zbiornik paliwa.

Na lokalnej stacji benzynowej wymieniamy walutę i uzupełniamy zapasy paliwa przed jutrzejszym dniem. Do granicy z Tadżykistanem mamy 43 kilometry.

Tankowanie wszystkiego do pełna to najlepszy sposób pozbywania się lokalnej waluty przed kolejnym państwem.

Jak wspominam Kirgistan?

Mój numer jeden! Wszystko mi tutaj pasowało – drogi, widoki, ludzie, samopoczucie. O awariach motocykla zapominałem niemal natychmiast. Nigdy nie czułem się zagrożony – wszędzie gościnnie i z uśmiechem na ustach. Jeździłem nawet na koniu! Wszędzie byłem gościem, a nie turystą. Jestem zachwycony tym, co zobaczyłem w tym kraju i ani razu nie żałowałem, że zmieniłem swoją trasę odwiedzając zupełnie inne miejsca niż zakładałem. W Kirgistanie spędziłem 9 dni i każdy z nich był wspaniały. To jest kraj, do którego chciałbym powrócić!

Pozostałe info

OGRANICZNIE 60MIASTO
TEREN ZABUDOWANY
TEREN
NIEZABUDOWANY
OGRANICZENIE 110DROGA
EKSPRESOWA

 

  • Obywatele polscy nie potrzebują wizy, aby wjechać do Kirgistanu
  • 8.50zł – tyle kosztuje 20dkg ciastek, duża Icetea i papierosy Davidow lub około 3 litra paliwa
  • Psy bardzo nie lubią motocyklistów
  • Temperatury na wysokościach znacznie się różnią (w Tadżykistanie nie)
  • W niektórych dniach w jeden dzień można pokonać maksymalnie 200 kilometrów
  • Woda z górskich potoków nie robi spustoszenia w żołądku
  • Internet działał świetnie w niektórych miejscach, gdzie godzinami jechałem sam
  • Najlepszy warsztat motocyklowy to MotoBar Perci